czwartek, 9 października 2008

W popkulturowym sosie marzę o dobrym bigosie


Borko pójście na Elegię nie dało za wiele - film jej się nie podobał, klimat nie taki. Myślę sobie droga moja - i dobrze - bo to jak przemyślałam sobie - znaczy, żeś młoda jeszcze i ufne postrzeganie świata niesiesz w sobie. A to znak nieomylnie dobry. Bo prawda jest taka, że nawet bardzo dbając o asekurację, intymność własnych przekonań czy też po prostu strach przed nieznanym albo strasznym - jak zaśpiewali słusznie The Beatles - wszyscy potrzebujemy miłości :) a jeśli zaczynamy parafrazować to stwierdzenia, albo buntować się przeciwko niemu - to tylko i wyłącznie dlatego, że nasza potrzeba albo wizja przerasta zastane warunki realne w tej kwestii. Oczywiście to ostateczne rozwiązanie kwestii miłości dla każdego oznaczać może (ale nie musi, bo jak wielokrotnie sobie marudziłam - jesteśmy bardziej stadem niż indywidualistami - choć nie brzmi to tak atrakcyjnie) coś innego. Czasem jest długą poczekalnią, czasem koncertem podczas którego zespół postanowił zagrać same hiciory, a czasem jakimś dziwnym incydentem, który towarzyszy nam przez całe życie w najróżniejszych formach. Borko kiedyś mawiała, że kocha się tylko raz, reszta to są tylko coraz słabiej odbijane kopie. Nie wiem czy tak jest - chyba aż tak bardzo nie czuję, że życie już przeszło, aby podpisać się pod tym mottem. Myślę, że sporo naszych kłopotów wyłazi po prostu z lenistwa - z niechęci zrozumienia, kompromisu, czy po prostu z braku określenia sobie celu. Bo wszak każdy związek niesie ze sobą cel. Pod tym względem chyba ze mnie konserwa nie do przejścia. Bo romans dla samego romansu bez tej możliwości skoczenia z trampoliny w otchłań czystego jeziora jest pozbawiony sensu. Może jest niezbędnikiem w wieku naporu i eksperymentowania, ale nie w chwili gdy nawet nie przyznając się przed sobą - stajemy się po prostu dorośli.
Myślę, że każdy szuka - i każdy coś dostaje. Inna sprawa - że to, że dostajemy to nie oznacza wcale tego, że świetnie to spożytkujemy. A ile razy podchodząc do tego stołu życia zastawionego najróżniejszymi daniami do wybory zdarza nam się wyciągnąć rękę zupełnie nie po to co trzeba :) Oh, bardzo często.
Obudziłam się wczoraj z refleksją post-senną, że od trzech lat nikt nie powiedział mi, że mnie kocha. Jakież to straszne i niedopuszczalne nadużycie ze strony świata i życia :) I wcale nie napiszę tu dobrodusznie, że w takim razie suma kocham przypada komuś innemu aby mogła się wyrównać energia: a walić to co przypada innym, żadnej egalitarności pod tym względem proszę państwa.
Ale co ciekawe te trzy lata pod względem właśnie romansowym to był raczej chyba czas ciekawy - bez żenady. I jak widać, romanse, a miłość w parze zupełnie nie maszerują trzymając się za ręce.

Ps. Obrazek z kurakami i temat w sumie do rozważań pojawił się po lekturze bloga Unicorna.

Brak komentarzy: