środa, 29 października 2008

Komikosowe straszne historie


Borko mon cheri, a to się nam zrobiła pogoda grozy jak cholera ciemna i deszczowa. Takie dni zawsze sprzyjają albo pijaństwu, albo pisarstwu, albo pieprzeniu - w zależności od dostępności danej opcji. Gdyby życie było podobne do gry komputerowej to fajnie byłoby mieć takie menu ;-), ale nic to, na tym polega zaskoczenie życiem, że oprócz krańcowych wariantów reszta pozostaje być scenariuszem owianym mgłą tajemnicy. Bywa, a raczej jest - chciałoby się powiedzieć.
Tak czy inaczej zaszedł dziś do nas Najlepszy z Braci na lunch przerwę i żeby odebrać swe projekty graficzne (jak ta płyta w końcu wyjdzie to dam na mszę... jeszcze tylko zastanowię się na jaką;) oraz poumawiać się na cmentarne podróże. Ku naszemu niezadowoleniu orzekł, że nie chce mu się na delegację do Mediolanu jechać, do tego burdello - jak to określił. Nieodżałowana to decyzja. Chętnie wybrałoby się w odwiedziny to Milano, eh, choć na sklepy popatrzeć i mieć pretekst do podróży. Normalnie niesprawiedliwość, że szkoda gadać. Ale tak to już się ułożyło, że mnie pali pod piętami do jeżdżenia, a ten najchętniej nie wyszedłby ze swej nory do końca życia.
Rano, jak zauważyłam - pogoda prawie niczym wieczór - przypomniała mi się z dzieciństwa ulubiona seria zeszytów Relax z odcinkami najfajniejszych komiksów. Do ulubionej sfery należała seria opowieści z dreszczykiem, które w mrocznej formie przedstawiały historie o lekkim zabarwieniu grozy. Działały na wyobraźnię jak cholera. Pamiętam szczególnie jedną taką, o bohaterze, który melancholią ogarnięty wyruszył w świat poszukując ukojenia i miłości najpiękniejszej. Przemierzył całe kontynenty, krainy najdziwniejsze, wszędzie chciał śmierci, a spotykało go ocalenie. W końcu znudzony, zrezygnowany i zblazowany wrócił do swego domostwa, a tam czekała na niego najpiękniejsza z pięknych. Kiedy z radością, szczęściem i odnalezionym sensem życia chciał rzucić się nocą w jej ramiona okazało się, że to nie kto inny jak śmierć pod postacią piękności takowej do niego przybyła.
Jaki z tego morał? Ha, ja zawsze myślałam, że ano taki: co ma wisieć nie utonie i że złego diabli nie wezmą, a sami po niego się zgłoszą ;-) żartuję trochę. Ale przyznajcie sami - komiks fajny, nieprawdaż?
Wczoraj wieczorem dla odmiany, choć zmęczona byłam koszmarnie (życiem, życiem... praca mnie jakoś nigdy nie męczyła - no, może oprócz przed laty tyry na holenderskich polach;) siadłam ja ci do małej sesyjki z moimi kartowymi wspomagaczami i postawiłam krótką sesję dla jednej osoby. I w sumie dobrze poszło (zawsze dobrze i klarownie idzie - jak nie robi się tego często i tylko wiosną i jesienią - ależ ze mnie przesądy kuwa wychodzą, normalnie wieś, wieś - i nieś co chcesz;) - dobrze, bo odpowiedź taka klarowna, materialna, prawie wizualizacja namacalna. Choć szkoda, że od pozoru poszukiwań meta, czeka ścieżka stricte materia, materia, materia ponad wszystko. Dziwne, już dawno czegoś takiego nie widziałam. A może po prostu normalne, dorastamy, starzejemy się i co ciekawe choć tęsknimy za meta to materii się oddajemy - dokładnie tak ochoczo jak czas nas degeneruje rozpadem.

Brak komentarzy: