środa, 22 października 2008

Horror? Gdzie dają dobry horror?


Borko moja ekspresjonistyczna śpieszę donieść, że ja właśnie po pierwszym dniu, a raczej wieczorze festiwalu horrorów (2 edycja). I co? Ano nico. Jest kluska i kaszanka w mdłym sosie. Bo, już mnie się dziwnym i nie fajnym zdało rozłożenie festiwalu prawie na cały tydzień: od wtorku do soboty, rok temu było to skumulowane od czwartku do niedzieli i obejmowało tzw. weekend Halloween - co dodawało smaczku całej imprezie. Filmów było więcej zapodawanych za jednym zamachem, były prawdziwe maratony, wychodzenie o 1-2 w nocy z kina. Atmosfera społecznościowa. A w tym roku?
Ano pierwszy dzień to porażka. Pierwszy - męcząca traumatyczna story o lekko nawalonym młodzieńcu, który ma depresję bo panna go zostawiła, więc ten postanawia zatłuc swojego rywala. Wierzajcie mi, kwestię zabicia aktualnego chłopaka swojej byłej dziewczyny można opisać w 5 minut - jeśli nie ma się błyskotliwego i fajnego pomysłu. A w filmie Pop Skull - twórcom zabrakło właśnie tej umiejętności, a mnożenie błysków i narkotycznego błądzenia kamery - nie zastąpi prawdziwego horroru. Drugi film (hiszpańska produkcja) nieco bardziej inteligentny, ale z horrorem wspólnego za wiele nie miał. Ot, zgrabna (nużąca niestety na dłuższą metę) historia o zapętleniu się czasu i niemożności bohatera z rozwiązaniem tego problemu. Wyszłam z kina znudzona, zmęczona i z głową pełną myśli o zupełnie innych sprawach niż obejrzane filmy. Dziś dwa strzały z Dario Argente - bez sensu. To trudny reżyser, ze specyficzną grupą entuzjastów. Ułożenie całego wieczoru pod jego dwa obrazy decyduje o wykluczeniu całej reszty, która nie "kupuje" wizji Argento - choć wiadomo, że każdy maniak/wyznawca horroru powie, że Argento trzeba znać. Tyle, że festiwal powinien też zajmować się propagowaniem twórczości kina grozy. I właśnie zaletą ubiegłorocznej edycji było to, że każdy film zabierał nas w zupełnie inną podróż, świat i interpretację pojęcia "horror". To było świetne i pozwalało ludziom nie znającym dokładni branży na zdecydowanie się, który gatunek odpowiada mi najbardziej. To tyle w kwestii festiwalu. Tak mi smutno i przykro, że szkoda gadać. To impreza, na którą czekałam cały rok i czuję się rozczarowana. Mam też nadzieję, że będę mogła odszczekać jeszcze do soboty te swoje biadolenie, ale wątpię :(
Stąd obrazek na dzisiejszym wpisie - to jest kurwa horror :-) i tego oczekuję od tak dobrze zapowiedzianego rok temu wydarzenia.
A z innych spraw. Nie mogę doczekać się przeprowadzki i męczę się niemiłosiernie. Dołuje mnie nawet liść przylepiony do buta i wyraz twarzy kioskarki. Smaga mnie depresją każdy profil na MySpace, głupie szczęście obcych, rozmowy stają się drogą po ścieżce wyłożonej potłuczonym szkłem, a poranna myśl oscyluje wokół tego czy mogę sprawić aby w końcu przestać istnieć. Twórczość i kreacja to jedyny akt warty uwagi. Wczoraj w nocy przeczytałam, że smętną konstatacją badań nad kobietami był wniosek, że kobiety-wieczne sekundantki mają problem z określeniem tak drobnego szczegółu jak odpowiedź na pytanie: co będziesz robić w wieku 50 lat i kim wtedy będziesz. Większość podczas przeprowadzonej akcji ankietowej nie potrafiła tego powiedzieć, a jeśli już to zawsze w kontekście swojego bycia w związku i rodzinie. Hm, cholera. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie mam dylematu w postaci myślenia o tym, z kim się zestarzeje i kogo będę niańczyć na kolankach, albo kogóż fantastycznego poznam. To już wszystko było, a moje życie należy tylko i wyłącznie do mnie, a nie do wyobrażeń jakie społeczność ma wobec "niego". Więc, w wieku 50 lat jeśli będę musiała jeszcze biegać po tym świecie to wyobrażam sobie siebie jako posiadaczkę fajnej chatki na Maderze, która pisze niezłe horrory dla prawdziwych zwyrodnialców :-) Dość mieszczaństwa moi drodzy.

Brak komentarzy: