wtorek, 16 grudnia 2008

Suki Styksu


Borko jak łatwo zgadnąć tytuł zaczerpnęłam sobie z pewnej powieści wrocławianina co teraz sobie wałkuję:-) Bardzo zabawny jest kryminalno-demoniczny cykl Marka Krajewskiego. W sumie dopiero teraz rzuciłam się na całość historyjek o Mocku, ale ja tak chyba muszę na przekór poczekać, bo jak coś jest na topie to mnie nie kręci. Zresztą lubię sobie zaglądnąć na stronę pisarza Krajewskiego - choć szkoda mi trochę, że ta część blogowa i dyskusyjna jakaś taka drętwa i sztywna w prowadzeniu dialogów. Kompletnie mi nie pasuje do temperatury książek ani poczucia humoru autora.
No więc wracając do tego cudnego określenia "Suki Styksu" to mnie ono bardzo przypadło do gustu bo świetnie pasuje do dwóch okoliczności: pierwsza - to skutki kaca - piękna nazwa na dolegliwości związane z tym wydarzeniem; druga - sąsiedzi wkurzający nas bezwzględnie. I o sąsiadach dziś będzie he he he.
Tak więc, powiedzmy sobie szczerze ja to zawsze do sąsiadów miałam nie-szczęście. A to jak z mamą i tatą mieszkałam i poświęcałam czas na kształcenie się naukowe to miałam piętro niżej jakąś społeczną stajnię Augiasza, gdzie albo trwała nieustanna impreza, albo seksualne wyczyny w stylu niemieckich porno z lat 70. albo napierniczanie muzyką - wróć łupanką - nie podobną do niczego. Oczywiście zdarzało się, że mściłam się z lubością mordując ich w wolnych chwilach choćby NIN albo Paradise Lost czy Dead Kennedys a Najlepszy z Braci to już w ogóle ich nie oszczędzał he he he, zwłaszcza jak naszła go nocna chętka na granie na gitarze. Jednak w ogólnym rozrachunku uważam, że i tak to my byliśmy bardziej poszkodowani. A to z prostej przyczyny, bo my chcieliśmy "nosić teczki", a tam na dole jednak "woreczki" - jeśli wiecie co chcę powiedzieć. Tak czy siak, chcąc zakończyć swoją wiekopomną pracę o katharsis, przeżytkach i Eliadem musiałam z domu się wynieść i tak trafiłam na ukochany Biskupin (wiadomo że nie tylko z powodów pracy...). W moim magicznym domku z najpiękniejszym widokiem na dziki sad było cudnie oprócz... sąsiedztwa. To co i kto tam zamieszkiwał te przepiękne modernistyczne klatki to cała patologia ludzkiej wredoty. Dość, żeby skutecznie wykończyć człowieka. Jeden sąsiad chciał nawet kiedyś do nas strzelać :-) Nie posiadali ci ludzie zrozumienia, że muzyka nie kończy się na "Rozszumiały się wierzby płaczące" i Maryli Rodowicz... oj nie rozumieli. Kompletnie obca wydawała się im wolność twórcza i wena, która nakazywała pożywanie z komputerem w cudnych godzinach nocnych, albo nerw kreacji co wyganiał do kiosku na pętli bo pilsnera albo włóczęgi nad Odrę. Nie wspomnę już, że cała ta zgraja była kompletnie przeciwna intelektualnym spotkaniom w niewielkim gronie przyjaciół, którzy lubili czasami zapalić co innego niż korporacyjny tytoń. Eh. Więc po 8 latach walecznych zmagań z kołtuństwem, perturbacjach związanych z innymi emocjonalnymi wydarzeniami najpierw wróciłam pod skrzydło rodziców (na szczęście wówczas stare sąsiedztwo już ustatkowało się i zaczęło hodować młode), a potem to ja zamieszkała w swym wirtualnym niby domku na ulicy Żytniej. Eh, tam to już była jeszcze zupełnie inna jazda. A to ktoś nocą podpalił drzwi sąsiadce, a to nagle w mieszkaniu gdzie jakoby mieszkała starownika nagle odbywała się biba fest do 3 nad ranem... a to przedstawiciele dorastającego pokolenia okolicznych podwórek zajmowali się wiece interesującymi rozmowami akurat pod oknem mojej sypialni... ale w sumie strasznie nie było, gorzej, że depresyjnie co zauważam teraz kiedy już tam nie mieszkam. No więc przejdźmy do sedna... w nowej norce, do której przygarnęła mnie droga Sylv, nie jest depresyjnie, a nawet bym powiedziała, że wprost proporcjonalnie odwrotnie, ale... najlepszą wisienką na torcie są kuwa sąsiedzi z bramy obok. przez kilka nocy poważnie zastanawiałam się czy czasem nie gwałcą tam za ścianą swojej suczki Saby, potem analizowałam możliwości ich zatrudnienia. Bo, jakoś dziwnie mi się robi jak ktoś po wielu, wielu godzinach ciszy w środku tygodnia nagle włącza na full muzykę, albo TV w wersji dla posiadających wadę słuchu. I tak ci nowi sąsiedzi działają z zaskoczenia - dostarczając wielu interesujących obserwacji socjologicznych. Nic to - wczoraj jak sobie właśnie po północy dogorywałam z książką Krajewskiego nagle zaczął grać na full telewizor. Właśnie znalazłam to zdanie z określeniem "Suki Styksu". Odłożyłam książkę, załadowałam w uszy zatyczki, pokręciłam się w swym trzy-osobowym łóżeczku, zaklęłam i spróbowałam zasnąć, ale kuwa była pełnia jeszcze i nie było prosto :-) Jednym słowem: Suki Styksu są winne temu.

Brak komentarzy: