środa, 3 grudnia 2008

Californication


Borko, a ja dzisiaj o serialu Californication, na który długo czekałam w "polskiej TV".
Ha - czasem jest tak, że nastawiamy się na fajerwerki, a dostajemy szita. Tym bardziej fajniej mi donieść, że w przypadku tego serialu negatywnego zaskoczenia nie odnotowałam.
Jest taka pula bohaterów i kodów pop-kulturowych, które działają na mnie jak dobrze schłodzone martini z wódką i dodatkami - jednym słowem: pociągająco. Do tego zestawu mogę dorzucić właśnie ten anty-serialik z Davidem D. Oto bohaterem jest postać pisarza-w-nie-mocy twórczej, coś w stylu podstarzałej grunge'owej wersji postaci stworzonej wiele lat temu przez Ch. Bukowskiego. To żadna nowość zresztą - bo ten kontekst jest jasny jak świnia hodowana całe życie w oborze. O czym to jest? Ano wiadomo: o kłopotach z weną, celem życia, kobietami, mężczyznami i nałogami. Standard wątków aktualnych mniej więcej od początków XX wieku. Taki też trochę klimat "Pod wulkanem" Lowry'ego panuje w tym filmie. Zapijana dekadencja ciekawych lotów intelektualnych połączona z frajdą wulgarnej wędrówki po alternatywnych tropach literatury i stylów życia. Dość powiedzieć, że para głównych bohaterów wspomina, że poznała się na koncercie w nowojorskim klubie CBGB (nie istnieje już), a ich nastoletnia córka wzoruje się na słynnej komiksowej Dziwnej Emilce. Trudno było mi przejść wobec tego tematu obojętnie, wszak sama posiadam podobiznę "małej strasznej kociary" w pokoiku, co zważywszy na mój podeszły wiek, wskazuje na rodzaj traumy-tęsknoty związanej z wirtualną chęcią posiadania takiej córeczki :-)
Biorąc więc w garść wszystkie te popaprane wątki połamanych małych indywidualności nie bez pewnych zalet - lubię ten serial za to, że jest rodzajem historii która pasuje do moich odczuć, uczynków i życiowych pyskatych poglądów... nie wspominając już o decyzjach:-)
Gorąco polecam.

Brak komentarzy: