niedziela, 1 marca 2009

Nie chodź sama po internecie...


I tego, który bogów swych pozbawił mocy
I zasiadłszy do stołu, przez sto dni i nocy,
Póki setny świt krwawy nie powstał, ucztował
I opłakując groby zmarłych swych żałował,
I króla, który dumnie koronę odrzucił
Wraz z troskami: ku bardom i błaznom się zwrócił,
By z włóczęgami leśne przemierzać ostępy;
I tego, który sprzedał ziemię, dom i sprzęty...*

Borko, dawno dawno temu, za ulicami i osiedlami w wschodniej kwarcie miasta, w małej po-weimarskiej chatce na nie-ciekło-krystalicznym monitorze komputera powstawała historia panny Misi, właścicielki kocura Kotie, redaktorki ekscentrycznej, wielbicielki win bez szlachetnych metryk, dziewczyny posępnego pisarza i maniakalnej maniaczki posążków Pegaza. Misia przyjaźniła się z racjonalną Aśką, jej szef był wyrozumiałym sybarytą o mieszczańskich wartościach, a w wydawnictwo nazywało się Tramsu. W jednym z odcinków internet (a raczej mail) story, panna Misia zostając za karę w pracy, dla odprężenia, postanawia wybrać się na internetowy "czat" mniej więcej między piątą a szóstą nad ranem. Wszystkie listy dyskusyjne śpią. Oprócz jednej, tej pod hasłem seks i randki. Misia postanawia nie dać za wygraną i po szybkim zalogowaniu się wpisuje posta:
"Cześc, kto ma ochotę zabawić się z małą Misią?".
Nie minęło 55 sekund, a miała już 20 kandydatów.
"Nie jest tak źle, może tu też są fajni ludzie” – pomyślała w radosnej euforii niedospanego człowieka.
Tymczasem potencjalni sieciowi rozmówcy dopytywali się: "Jak lubisz zaczynać?". Misia zawahała się: "Kurcze, sama nie wiem... jestem tu pierwszy raz, może napiszę, żeby oni zaproponowali mi coś, tak będzie nawet kulturalniej".
No i zaproponowali. Przez chwilę Misia siedziała wyprężona przed monitorem, następnie z wypiekami na policzkach zamykała kolejne okienka.
"Chyba przeceniłam subtelność moich rozmówców" – zawyrokowała marszcząc nosek.

("Nie czatuj nad ranem"; 2002 rok - mniej więcej;-)
Misia była wesołą osóbką - i komu to przeszkadzało? :-)
Bajka o Misi i jej autorce przyszła mi do głowy po dzisiejszej lekturze blogosfery. Zamiast iść przykładnie do wanny, oporządzić się i wypierniczać w kierunku zagrody mamy Tobs to mnie się zachciało poczytać co u innych słychać. To pstryczek w nos za niedotrzymanie solennej obietnicy, że w czasie choroby zajmę się tylko sobą, a nie ślęczeniem przy sieci. I bach... zamiast, zamiast, zamiast. Zawsze jest u mnie zamiast, zamiast właściwie i rozsądnie podjętych kroków. Więc tak sobie po kawie zrobiłam hyc do kuchenki, odpaliłam "różową dziewczynkę" i pożeglowałam po światach ludzi, ich problemów, mądrości niebanalnych, humorów przednich, uczuć geniuszy... trafiając na wpis o miejscu kiedyś na poły mitycznym (dla mej skromnej osoby), miejscu, w którym zaczynało się moje "podwórko", "przedsionek folwarku", miejscu, w którym nie jedno (nie jedno) się działo, o miejscu, gdzie można było cały weekend się poszwędać po znajomych mieszkaniach, nieznanych klatkach, zapuszczonych podwórkach, podejrzanych lokalach, sklepach ze wszystkim, szajsowych lumpach, oznakowanych księgarniach, zakamuflowanych jadłodajniach. Itp itd. Miejscu, które teraz wygląda jak napompowana silikonem lala, naciągnięta liftingiem, usztywniona botoksem, uśmiechnięta w nieszczerym pustym grymasie i za każdym razem, kiedy tam się zapuszczę grozi mi palcem, z warknięciem wypowiadając: "wara mi stąd!"
I to są takie chwile/wpisy, których przeczytania żałuję :-)



Pa. * Yeats - Do róży tajemnej

Brak komentarzy: