czwartek, 5 marca 2009

Kaszka


Borko, kiedy jest się w szponach choroby i osłabienia to niby korzysta się z nielimitowanych zasobów ciepłego lenistwa oraz wszystkich tych zakichanych przywilejów, ale w gruncie rzeczy to wytrącenie z równowagi bywa posępną pigułką nasenną. Dziś mnie się dla przykładu zdaje: oto świat radośnie pędzi do przodu, ludziki wymieniają się fajnymi informacjami, ktoś kogoś spotyka, gdzieś się robi interesy, komuś wpada do głowy myśl genialna, właśnie za chwilę powstanie najciekawsze dzieło sztuki tego miesiąca, między jakąś parą eksploduje super nova miłości, w którymś domu powiększy się rodzina, koty zaczną się marcować, przelewy bankowe napełniają jedne konta, gdzie indziej zamieniają się w debety, ktoś dostaje awans i etat, a inny ktoś szarpie się o nową posadę, ludzie wracają, potem wyjeżdżają, czynią plany, szukają układanki Mandali... a ja? A ja leżę w łóżku jak jakaś zmarnowana bohaterka nowelek Marii Konopnickiej i nie jestem w stanie "przebić się na drugą stronę". Wszystko jest źle. W głowie kaszka. Wczoraj próbowałam poczytać sobie Karola Dickensa - pozytywistyczne opery mydlane kiedyś robiły za rodzaj "aspiryny" - niestety teraz nie dałam radę. Coś się w mojej percepcji bajek społecznych zmieniło. Przerzuciłam się na współczesną satyrę angielską: ona promotorka książek, on lewicowy egocentryk doktorant, drugi on pisarz podróżnik bez przebojowości, druga ona wypacykowana heroina dzisiejszego clubbingu. Ło kuwa, rozumiem, że w Anglii pada, ale nie wiedziałam, że przy tej okazji deszcz wypłukuje autorom książek (nawet lekkich) mózgi i wyobraźnię. Nic to - zabrałam się dzisiaj za przeglądanie swojego nieukończonego opowiadania - ostatnio zarzekałam się, że kreśląc główną postać - włożyłam w "nią" całe swoje serce. Dupę chyba, bo dzisiaj nic mi się nie podobało. Rozważyłam nawet zniszczenie tekstu, ale od czasu Henry Jamesa - kiedy to autor mógł w jesiennym ogrodzie rozpalić ognisko i oddać wieczności swoje tajemnice, sporo się zmieniło. Klik na komputerze jest taki mało romantyczny jednak.
Z innych "gestów rozpaczy" - rozważałam kilka wariantów, o których wstyd napisać:-) bo tak się nad sobą użalałam, następnie "pooglądałam" muzyczne stacje, w których grają zazwyczaj muzykę jakiej nie słucham, a ja za każdym razem rano włączam telewizor tylko po to żeby pobluzgać na pop-gusta szerokiej gawiedzi:-). Więc tak z zawiścią patrzyłam sobie właśnie jak się mi na ekranie wije Alesha Dixon, Estelle czy inna zwierzyna tego typu i tak się zastanawiałam, a czemu to człowiek (w sensie - ja) nie mógł urodzić się taką maszyną, tylko jakimś długo-kończynowym tworem centralno-europejskim? Normalnie "Dziadowska Księga", jak nic :-)

4 komentarze:

Studyta pisze...

Dickens pozytywistą? Toż to raczej post-romantyk był. Choć pewnych rzeczy, np. Pickwicka czytać się już dziś nie da.

Patrycja Blaum pisze...

...a ja długo myślałam o Dickensie i mnie jednak wyszło, że bardziej z niego pozytywista niż dziedzic romantyzmu. Zwróć uwagę na konstrukcję psychologiczną bohaterów: sukces i szczęście osiągają ci, którzy z racjonalnością i roboczym podejściem podchodzą do życia. Elementy romantyczne - nawet kiedy autor pisze o nich z ciepłem i sympatią - jednak przegrywają, giną, albo odchodzą, umierają - vide pierwsza miłość Davida Copperfielda.

Studyta pisze...

A nie jest przypadkiem tak, że to co my w Ojropie nazywamy pozytywizmem to całkiem naturalne cechy angielskiego commonera?

Patrycja Blaum pisze...

może i tak - bądź co bądź oni tam jednak inny etos życia/bycia mieli/mają niż my na kontynencie. I zdaje się u nich nie było takiego ostrego antagonizmu między elementem romantycznym, a właśnie pozytywistycznym. Swoją drogą (w związku z tym, że chyba jednak lubię literaturę brytyjską) czytam często współczesną angielską "prozę obyczajową" i za każdym razem ze zdziwieniem zauważam jak jest w niej dyskretnie reprodukowany "model klasowy" społeczeństwa. Lekko, z humorem, zabawnie, ale w logiczny i dyskretny sposób wszystko wyłożone tak jak trzeba. Zresztą to nawet Eliade w pamiętnikach napisał złośliwie, że Anglikom najwięcej trudu w relacjach z innymi zajmuje ukrycie swej naturalnej wyższości, która wynika z czynników obiektywnych ha ha ha.