poniedziałek, 9 marca 2009

"7" dla Stu czyli blogując zamiast pracować

W odpowiedzi na "postulat" Stu, tak się sprawy mają z tymi 7 płytami:


Closer - Joy Division (1980)
W pewnym momencie stało się "modne" mówienie o życzeniach w stylu "na moim pogrzebie zagrajcie"...
Pozostawmy na boku żarty ze śmierci w myśl mej ulubionej maksymy: śmierć jest tajemnicą, a pogrzeb sekretem - zostańmy przy muzyce. To ja mówię wam w takim razie: jak umrę to na pogrzebie chcę mieć Joy Division Decades...
Tak to jest - nie można się oprzeć słuchając Closer. Kompakt zajechałam, analog wyłudziłam podstępem, artykuły o smutnych chłopakach i książki z pieczołowitością przechowuję do dziś, podobnie jak narysowany własnoręcznie portret Iana Curtisa (takie rzeczy się robiło dla muzyki:-). I jak dla mnie: najpiękniejsza okładka płyty jaka powstała w historii posępnego rocka. Właściwie wszystko czego później szukałam od czasu infekcji zarazą Joy Division w wieku lat 15 niespełna było poszukiwaniem utraconych dźwięków, które odeszły wraz z Curtisem. Eh, ale to zabrzmiało egzaltowanie. Igła do góry, zmieńmy stronę płyty, zmieńmy nastrój, jeszcze noc przed nami...
Jeden mój barbarzyński kolega perkusista black metalowy powiedział po przesłuchaniu tej płyty, że nie wiedział, że już wtedy "blastami" lecieć ktoś potrafił, to się rozumie samo przez się:-)



13 Songs - Fugazi (1989)
Mało kto wie, ale waszyngtoński team pod wodzą Iana McKaye to jedyny zespół, na którego koncerty jeździłam zawsze kiedy tylko zawitał do Europy. W Polsce pierwszy raz Fugazi zobaczyłam w 1990 roku na żywo w Zgorzelcu w przepięknym domu kultury. Emo cory i poruszający poetycki, społeczny stawiający do pionu rozbestwione ego przekaz. Dojrzała muzyka, która wytrzymuje każdą próbę czasu, sample, obrazoburstwo, nowoczesny sposób realizacji. I pomyśleć, że tyle energii czai się w czwórce chłopaków w trampkach i powyciąganych bluzach z kapturami. ZEN core'a. Choć teraz dwie moje ulubione kompozycje: Waiting Room oraz Suggestion brzmią mi w mózgu bardzo smutno:-(. Ale, żeby nie było pesymistycznie: ta płyta to mi się z Brzegiem Dolnym (liceum time) nieodłącznie kojarzy i fajnymi party oraz z tym, że ktoś mi jedną kasetę Fugazi rąbnął na takiej "miłej imprezce" - jednak jest pesymizm he he na koniec.



Raw Power - The Stooges (1973)
Chyba każdy o zdrowych zmysłach, kto pisze w wieku "starczym", że lubi punk rocka nie może nie lubić tej płyty. Wykop, energia, awangarda i witalność połączona z dekadencką postawą: a my gramy tak i ch... z waszymi oczekiwaniami. Po pierwsze: kamień milowy dla punkowych kompozycji. Po drugie: zadziwiające ile potem można znaleźć z Raw Power w szybkich hard core'owych kawałkach z dziecięcych lat stylu.
Image - Iggy i jego sceniczne szaleństwa, potem to ja moi drodzy takie rzeczy widziałam tylko na taśmach z przedstawień u Jerzego Grotowskiego:-). na otwarcie: amok w przekazie czyli Search and Destroy - 3 minuty, 29 sekund aby rozwalić układ cywilizacyjnych zahamowań:-). Wizerunek Iggy'ego z koncertu gdzie idzie po publiczności mam na T-shircie, jedyny wykonawca (poza zespołem Najlepszego z Braci), którego koszulkę ubieram. Choć z wiekiem coraz bardziej "szukaj i niszcz" zamieniam na "zostań w domu i czytaj książki" (przetłumaczcie sobie na angielski brzmi zabawnie), ale od czasu do czasu ma się taki dzień, że...



After the rain...The soft sounds of Erik Satie - Performed by Pascal Rogé (1995)
Kompozytor Satie to nieprzypadkowy przypadek na mojej drodze. Mimo ukończonej prześwietnym egzaminem "wiedzy o muzyce" długo nie znaliśmy się. Być może dlatego, że i moi wykładowcy uznają Erika za błazna muzyki:-), a mnie samej ufność w "uniwersytety" przesłania horyzont własnej ścieżki. I taki stan rzeczy trwa do pewnego jesiennego dnia XXI wieku. Oto siedzę w cudzym samochodzie. Za oknem deszcz, w odtwarzaczu "szaleje" Captain Beefheart czyli Donald Van Vliet, a ja kłócę się z jednym wariatem o Hermesa Trismegista. Nie jesteś w stanie nawet ogarnąć 16 poziomu świadomości, na którym się moje JA znajduje - mówi do mnie wariat. Boli mnie głowa i dochodzę do wniosku, że rozmowa z ułomnymi uzurpatorami do kalekiej boskości nie wniesie nic w moje życie prócz niesmaku. Żegnam się tradycyjnym: "spierdalaj i obyś się nie rozmnożył" i szybko zabieram swoje rzeczy (w tym płyty) bo nie wiem czy mój rozmówca nie zechce mnie w swym gniewie przerobić na kościane elementy okultystycznych amuletów:-) Wracam do chatki, rozpakowuję torbę, a z niej uśmiecha się płyta z kompozycjami Erika Satie. Żeglujemy sobie razem w nokturalne krainy, a ja dochodzę do wniosku, że od pewnych ludzi nawet przedmioty uciekają, nie mówiąc już o muzyce. Satie to najpiękniejszy i najsmutniejszy widok na łagodne wzgórza niekończących się sadów jabłkowych i najbardziej sensualne muśnięcie karku o jakim możecie sobie śnić:-)



Autumn in New York - Chet Baker
Co tu dużo mówić: NYC, trąbka, przesadnie aksamitny głos Bakera, kawa, papierosy, ciasne sukienki, tupot obcasów na chodnikach, pisk opon zatrzymywanych taksówek, tona tuszu na sztucznych rzęsach, fioletowy cień na powiekach i gruba warstwa szminki na ustach. Zrzucona szpilka (but - gwoli wyjaśnienia dla laików;-) pod barem i dyskretne poluzowanie podwiązki pończochy, która rozgrzana ciepłem ciała wpija się chciwie w udo zabierając skórze ostatni oddech. I pierwsze takty When I Fall In Love - właśnie, przecież od tego wszystko się zaczyna:-) Pościelówa jazzu.



Liberty And Justice For... - Agnostic Front (1987)
Przekornie, jak się czasem zdaje niektórym, pisze o sobie, że ja prosta dziewczyna jestem. I tak w sumie to prawda w jakiejś tam części:-). Lubienie muzyki co pozbawia humoru sąsiadów zawsze należało do dobrego zwyczaju. A wierzcie mi - puszczenie na full tej płyty pozbawia złudzeń. I o to chodzi. To jest CB/GB, a nie piknik korporacyjny i jakieś wyjce w stylu pokaż na co cię stać... Pokaż kurwa na co cię stać to jest to o czym śpiewa Miret, a przygrywa mu na gitarze Stigma. Metal, punk, HC, crossover yeah, bejb to jest muzyka dla prawdziwych kobiet, a nie jakiś tam Feel ha ha. No - i tatuaże zawodników z AF - można powiedzieć ikony gatunku albo stylu jak to się mówi teraz:-). Lansiarsko nie mogę ominąć tej płyty, wszak przed laty na koncercie w Poznaniu panowie z AF zadedykowali mi utwór Lost, a to chyba nie często się zdarza jak się nie jest małą kicią czy groupie:-)


Machine Head - Deep Purple
So, prawda jest taka: gdybym nie usłyszała tej płyty...to nie byłabym kim jestem. Trudno mi nawet zdefiniować w czasie kiedy to było, bo chyba słyszałam już ją w dość wczesnym dzieciństwie (młodszy brat mamy był hard rockowcem). Tak czy inaczej od pieluchy przeszkolono mnie na taką oto okoliczność (wujek i brat), że Deep Purple to najlepszy zespół wszech-czasów, fajne chłopaki noszą długie włosy i grają w zespołach, reszta to mieszczuchy, a Smoke on The Water to ciekawszy kawałek niż piosenki o Misiu Uszatku...no i tak już zostało:-)

8 komentarzy:

Wiesiu pisze...

Bardzo dziękuję za Fugazi. Żeby pogłębić smutek proponuję obejrzeć film dokumentalny im poświęcony pt. Instrument (zdaje się). Lata świetności tego zespołu przypadły właśnie na czasy koncertów w Polsce (dlatego się u nas pojawili). Grupa wciąż nagrywa i koncertuje (chyba już teraz tylko w Stanach). Po prostu moda na HC w ogóle a na takie emo (NB ta inwektywa pojawiła się o wiele później w stosunku do zespołów z Dischord Rec.) w szczególności już dawno się skończyła. Ten dokument pokazuje McKaye i chłopakow grających tak jak kiedyś w jakiś salach gimnastycznych, aulach koledżów a ich coraz młodsza publiczność kompletnie nie kuma tych 40-sto-paro-letnich panów. To jest bardzo smutne.

Patrycja Blaum pisze...

Wiesiu@
E tam - emo inwektywa, mi to fajnie brzmi emo core. A jak się komuś nie podoba ta muza do f.o.a.d jak to się mówi.
O filmie słyszałam, ale nie widziałam, ale w takim razie zobaczę.
Szkoda Fugazi i trochę żal tamtej energii, ale tak widać czasem musi być co w cale nie przeszkadza słuchać ich płyt z zachwytem. Był też inny prześwietny zespół z Dischord - Soulside, grali we Wrocławiu w Pałacyku, piękna muzyka.

Studyta pisze...

Zacna siódemeczka.

Jeneralnie ludzie "naszego pokolenia" 1965-1975 hue hue hue dzielą się na dorsowców i dżojdywiżynowców. Jest jeszcze trochę kiurowców i Pandante ale to margines.

Ja też swojego czasu nuciłem where have they been ale Morrison wziął górę nad Curtisem.

Pamiętam ciekawą scenkę z akademika, kiedy to upalona koleżanka obudziła się w czasie, gdy słuchaliśmy albumu Unknown Pleasures, skuliła się i wymamrotała, że ta muzyka ją przeraża. I było to chyba przy kawałku She's Lost Control :-)

Patrycja Blaum pisze...

Stu@
ja się długo zastanawiałam nad Drzwiami - bo widzisz "u nas" w brzegu Dolnym (chodziłam do LO w najbardziej chemicznym mieście w Polsce he he) Doors - to był jakiś zajob i kult - i co tu wiele mówić też mnie to dotyczyło, ale... ale Joy znalazłam sama, samo do mnie trafiło i sama rozebrałam ich na czynniki i dlatego nie zamieściłam The Doors, a dałam JD - jest coś na rzeczy, że te dwie "drogi" zawsze się przewijają i do siebie odnoszą. Inna rzecz: jest taka przeróbka She lost control w reklamie bielizny AP z panną von Tiese, że łoł łoł łoł:-)

tow.trokier pisze...

Szanowna Patrycjo, bardzo dziękuję za uznanie dla mojej siódemki.
Mnie z Twojej najbardziej zaciekawił Satie którego kiedyś tam słuchałem w pr.2 PR, ale przyznam że w czasach kiedy słuchałem klasyki ( z szanownym Studytą ) ten kompozytor jakoś nie wszedł mi w ręce, więc nadzieja że wejdzie teraz jest niewielka.
Życzę jeszcze wielu fajnych muzycznych wrażeń.

pzdr
ttr
( w trakcie słuchania siling ingland baj de pand )

Anonimowy pisze...

Bywają piosenki, które idealnie nadają się do ciepłego kitraszenia w pościeli. Są też takie, przy których diabelskie perwersje uzyskują status no limits. Inne towarzyszą nam w pracy, inne spożywaniu kotleta, jeszcze inne nadają się jedynie jako tło sobotniego sprzątania łazienki… Najfajniejsza pula songów to oczywiście te, które już od pierwszego usłyszenia, natychmiast plasują się w rankingu NAJLEPSZE KAWAŁKI POD SZKŁO :) Czytelnicy "Rolling Stone” orzekli w ubiegłym roku, że najlepiej daje się w gaz przy "Free Fallin" Toma Petty. O gustach się nie dyskutuje. Dyplomatycznie powiem tak: miarą eventu jest to, na jak długo after party rzucamy picie, palenie petów i nocne powroty taksówką. Stąd, wespół z autorką tego bloga, obie wiemy dlaczego naszą subiektywną playlistę otwiera "Whisky In The Jar" :)Napisałabym jeszcze o innych, ale... sześćdziesiąt dziewięć oczu patrzy :D

Studyta pisze...

Jednak wystrachała się przy Interzone :-)

Patrycja Blaum pisze...

A być może, sama pamiętam: byli ludzie, którzy JD nie lubili bo na nich negatywne wrażenie i przytłaczające robiła ta muzyka.

A numer She's Lost Control skojarzył się, bo to tak ha ha pewnie w kontekście kobit, to podświadomie najbardziej pasował ;-)
eh...