środa, 29 grudnia 2010

Spacer po czarnym Oslo z Lovecraftem pod ręką i Portishead w głowie w deokarcjach francuskiego kina

Tak się złożyło szczęśliwie, że jesień i zima upływa mi pod znakiem dobrej lektury i filmu. bardzo dobrze, to udana odtrutka na to co "na zewnątrz". Nigdy nie jestem w stanie brać na poważnie, tego co za oknem, że niby to cel, cel sam w sobie. Bzdury. Taka sama głupota, jak to, że sensem życia jest zapracować się w tyranii profesjonalizmu i uzyskiwać coraz większe poziomy zdolności kredytowej, albo nie wiem tam czego. To co w środku, jest bardziej interesujące i pożywne. Zatem, pozwoliwszy sobie na totalną blagę począwszy od 17 grudnia, mam zamiar do początku stycznia odpłynąć daleko od lądu spraw ludzi i świata.

Contre le monde, contre la via - pisze o H.P Lovecrafcie Michel Houellebecq; robi to świetnie. Większość książek pisarzy o innych pisarzach, to nic innego, jak pisanie o sobie samym. W "Przeciw światu, przeciw życiu", bohaterem jest Lovecraft, a jeśli chodzi o Houllebecqa, to wystarczy go podziwiać za konstrukcję eseju oraz fantastyczny styl. Dla fanów fantastyki i posępnego dżentelmena zza oceanu, to pozycja obowiązkowa. Pełen swady, dobrze nakreślony szkic do portretu niezwykłego pisarza, który nigdy nie wyparował mi z głowy (z czego bardzo jestem rada:-). Cała książka jest nasycona dobrymi uwagami, emocjami sprzeciwu wobec pozornego piękna sukcesu. "Autorzy fantastyki są na ogół reakcjonistami, po prostu dlatego, że w wyjątkowy sposób, można by rzec z racji zawodu, są świadomi istnienia Zła" - stwierdza Houellebecq i ma najświętszą rację:-)

Tymczasem w kolejce czeka na mnie kolejny choinkowy łup: "H.P. Lovecraft. Biografia" - skonstruowana przez S.T. Joshi. Kawał tomiszcza z analizą literacką i korespondencją pisarza. Fajnie, nie? :-). Polskie wydanie nieco spóźnione o dekadę, ale lepiej późnej, niż jeszcze później.

Wcześniej, pozostając nieco w nastroju wrocławskiego międzynarodowego festiwalu kryminału trafił się "Statek" Stefana Mani (niezły horror napisany w tonie "W górach szaleństwa" - znów ten Lovecraft:-) oraz książkowy serial Jo Nesbø, którego bohaterem jest śledczy Harry Hole. Kawał fajnej czarnej literatury, gdzie trup ściele się gęsto i interesująco. Może nie wszystkie pięć tomów zasługuje na owacje, ale naprawdę w porównaniu do Stiega Larssona to kop zdecydowanie w górę. Mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Tak pomyślałam sobie, że to jest tak jakby porównywać scenę death metal z Göteborga z norweskim black metalem. Niby ta pierwsza jest nowatorska, dobra technicznie, ale jednak w porównaniu ze zgrzytliwym transowym lodowatym nurtem from Norway, to jednak pozostaje tylko muzyką rozrywkową:-). Zatem zdecydowanie bardziej Norwegia niż Szwecja.

Między kolejnymi tomami, wpadło mi jeszcze to i owo innego, ale w sumie nic takiego, żeby tu i teraz o tym pisać.
W grudniu odpadliśmy dla odmiany w kino francuskie i filmy z Alainem Delonem, a teraz box z obrazami Jeana-Pierra Melvillea. Bardzo udana eskapada. A dla osłody przypomnienia, koncert na DVD Portishead odwiedza w 1997 roku Nowy Jork. na szczęście nic, a nic się nie zestarzało. Jak się okazuje, są jednak przykłady materii, która ma czas w głębokiej ignorancji. Pocieszające:-)

1 komentarz:

theoros pisze...

Widziałem tę biografię HPL ale przeraził mnie rozmiar. Choć Joshi to niewątpliwie nazwisko i na pewno roboty nie sknocił. I powiadasz, że jest tam też wybór korespondencji Howarda Posępnego? Podobno bywa ciekawsza od niektórych opowiadań. Może i listy do Howarda Conanotwórcy się tam znajdą? Ale ten rozmiar, rozmiar, boje się kupować kolejnego „półkownika”.

O Szwecji taką perełkę znaleźć można u Zaremby: "Kiedy w styczniu 1946 roku marynarze z M/S "Ningpo" schodzili w Malmo na ląd, mieli prawo spodziewać się ciepłego przyjęcia. Nie tylko dlatego, że byli przemarznięci. Zasłużyli się przecież ojczyźnie i nie obyło się przy tym bez ofiar. Z trzydziestu, którzy w 1939 roku wypłynęli z Goteburga po żywność dla izolowanej Szwecji, sześciu już nie żyło. Jesienią 1941 roku M/S "Ningpo" wpłynął na minę w okolicy Singapura. Marynarze, którzy po czterech latach japońskiej niewoli (także w obozach pracy) wracali teraz do domu, byli wyniszczeni chorobami. Na nabrzeżu portowym w Malmo nie było jednak orkiestry. Czekała tam policja. Marynarze zostali aresztowani. przez kilka lat nie płacili przecież podatków, nasuwało się też podejrzenie, że wymigali się od służby wojskowej."

Nawet komentować nie trzeba, Wallandery neurotyczne jedne i tyle. Więc jednak Norwegia, bez dwóch zdań. Tylko ich słodzonego brązowego sera proszę unikać, wyjątkowo niesmaczny on jest.