wtorek, 20 stycznia 2009

Autor i jego życiowe dzieło


Borko, jak wiesz bloguję od 2006 roku i robię to dla Ciebie. Gwoli wyjaśnienia dla nie-wtajemniczonych, pierwszy blog Patrycja Blaum powstał na koniec lata 2006 po sławetnej imprezie weekendowej u Borko z której relacja stanowiła pierwszy wpis. W związku z tym, że zlikwidowałam tamten adres nie ocalało archiwum rejestrujące zapis rocznych fiku-miku. Może szkoda, a może nie:-) Mając na uwadze to, że ja raczej mam świetną pamięć to osobiście pamiętam każdego posta jakiego wysmażyłam na tamtym blogu i oprócz chwil (sekundek) nostalgii to mimo wszystko wolę sobie roić o tym co jeszcze będzie, a nie o tym co już było:-)
A więc do rzeczy. Grozą okresu grudzień-styczeń jest moja niechęć do pisania. Nie dość, że tworzyć się nie chce to nawet blogowanie idzie jak po grudzie. Czasem (przed snem) nachodzą mnie takie oto nietoperze: napisałam już wszystko co miałam napisać. I dalej nie przejdzie. Nie to: tematów brak. Ano nie. Wszystko to co działo się od początku zimy to materiał na ho ho ho niezłe wpisy, ale nie mam jakoś weny ani chęci dzielenia się. Normalnie kurwa zakon mi się tu robi. Zakon w sensie wewnętrznej kontemplacji własnych przeżyć i opisu przygód moich znajomych. A powinnam, powinnam dla potomności co nie co uwiecznić w blogosferze przemyśleń na temat niektórych, co może zdziwiliby się widząc siebie i swoje poczynania z dystansu obcego pióra, a nie tylko w własnej egoistycznej perspektywy.
Dobrze, tak więc może trochę o sztuce dzisiaj będzie. Lubię panią Tracey Emin (o czym pisałam kilka razy i na MySpace i tu też) za to co robi oraz za mało subtelne zaznaczenie reguły, że we współczesnej sztuce liczy się na tym samym poziomie dzieło co i autor. Dla mnie to miód na serce, bo ja zawsze w grupie tych co identyfikują się z autorem przede wszystkim (w szerokim ujęciu), a nie tylko z artystycznym tworem będącym owocem jego stosunku ze sztuką. Ba, trzeba też zaznaczyć jedno, ta sztuka to cholera niezła sztuka i ma w swym zanadrzu masę różnych wcieleń i twarzy.
Więc plotki. A ostatnio podczas spotkań z "tamtym i ową" miałam też krótki (nieco charytatywny bądźmy szczerzy) meeting z przedstawicielem tezy: na świecie jest źle, ludzie cierpią, wszyscy mamy w gruncie rzeczy doła, życie to szlam, staczam się jak bohater Bukowskiego.
Buhahahaha. Dość farsy. I tak szkoda mi Charlesa Bukowskiego, że trafił do takiej kloaki nicości jak powyżej cytowany wywód. Po pierwsze, teraz nie jest ani gorzej ani lepiej jak drzewiej bywało. Jest normalnie światowo i ludzko - człowiek to bydle, które gada jak najęte o zmianach w gruncie rzeczy samemu będąc zaprzeczeniem tych zmian. I tyle. Że ludziom źle - mi się zdaje ludzie zawsze są nienażarci w kwestii zadowolenia siebie i zagarniania do siebie. Bo weźmy taki obrazek: w pięć minut można znaleźć człowieka, który siedzi w wypasionej pracy, kładzie się w wypasionym łóżku, je wypasione żarcie, chadza na wypasione sztuki artystyczne, a który jednocześnie powie: "jestem nieszczęśliwy", analogicznie znajdziemy też takie samego nieszczęśliwego człowieka, który mieszka na zabitej deachami wsi, nie ma hajcu na wyjazdy, a każdego dnia pyta się: dlaczego moje życie jest bez sensu? Dlaczego jestem nieszczęśliwy?. Nawet nieszczęście jest specjalnie dostosowane do grup celu. Ale w jednym i w drugim przypadku nieustannie jest: nieszczęściem. Więc i o tym, jak i o kultywowaniu przeszłości jako ogrodu miłości nie chce mi się słuchać. A co do wyborów stylów życia i wzorowaniu się na bohaterach literackich: ha, o wiele ciekawiej jest wzorować się na autorach niż na stworzonych przez nich widmach;-) I jeśli chodzi o Bukowskiego na zakończenie: trzeba pierwej w życiu coś zrobić na miarę wspomnianej osoby (tu chodzi nie tyle o samego Charlesa, ale w ogóle o motyw powoływania się) aby móc z czystym sercem uznać, że żyjemy, robimy coś jak ten ktoś - mówiąc oględnie. Kurwa, cóż za egocentryzm tak twierdzić jedynie na podstawie częstotliwości wychylania kolejnych kufli z browarem i odhaczania kolejnych kaców na kalendarzu. Tyle, wyżyłam się - ale czasem należy dać sobie upust z rozbawienia i zażenowania jakie towarzyszy naszym relacjom z innymi ludźmi. Ja wiem, że każdy z nas chciałby być zawsze fajny, lubiany, zachowywać się na poziomie, być powszechnie uznanym i nie ocierać się o śmieszność oraz żeby mądrość spływała na nasze osoby w cudowny sposób... niestety, takie rzeczy to tylko he he w wirtualnie wykreowanych światach ;-). Niestety częściej bywamy mali, podli, zarozumiali, a mądrość to wielki kamienny szczyt, który widzą wszyscy, ale wspinaczka na niego to cholernie długa, mozolna praca, która wcale nie musi zakończyć się sukcesem :-). Jak sobie tak o tym wszystkim bardziej na luzie pomyślę, że nie muszę być taka porządna i w ogóle, że nie muszę aż tak bardzo asekuracyjnie zawsze trzymać się sztywnej etykiety, bo jak to się mówi każdemu przynajmniej raz w życiu zdarzyło się pierdnąć w towarzystwie i świat z tego powodu się nie rozpadł, to od razu człowiekowi na duszy i ciele lżej:-)
A za miesiąc Walentynki, a zdaje się, że to święto walenia-w-tynki spędzimy w podróży i na (mam nadzieję) upadku zupełnym, z którego pozostaną dobre fazy wspomnień, a nie rumieniec zawstydzenia. Czego Wam moi drodzy również życzę. I nie dajcie się wkręcić w fazy: że kurwa życie to cierpienie i należy się zagrzebać w tym cierpieniu. Bynajmniej nie jest też słoikiem z miodzikiem - śpieszę Was zapewnić.

Brak komentarzy: