środa, 21 stycznia 2009

Jedyne co wolne w naszej cywilizacji, to wiatr


Borko, jak wiesz Rumunia i rozłożyście pojęta kwestia krain obwodu Morza Czarnego (przepięknie głęboko szmaragdowe w realu, szczególnie pod Neseberem) to mityczna kraina, w której wszystkie moje wspomnienia i uczucia zostały ulokowane dozgonnie. A nawet myślę sobie i po zgodnie mam nadzieję znaleźć się gdzieś w drodze przez wysoki Balkan w kierunku Stambułu i dawnego królestwa Trapezuntu. Tam mieści się Wszystko, którego pojęcia nie można zdefiniować. Podróż nie tyle do miejsc i zabytków, co wyprawa do meta rzeczywistości i drzewa aksjologicznego. Najbardziej właśnie brakuje mi w książkach podróżniczych i zbiorach reportaży elementu "meta". Wszak każdy kto podróżuje (nie chodzi mi o leniwe wyjazdy wakacyjne, ani zorganizowane wycieczki made by biura podróży), wie o tym dziwnym osadzającym się gdzieś na dnie naszej duszy przekonaniu, że to co nas "ciągnie" nie podlega prawom materialnego świta i bliskie jest tej dość tajemniczej kategorii zaproponowanej przez Ingardena, która zwie się przeżyciem estetycznym. Ale to dopiero początek. Bo pod kolejną warstwą podróżniczych "osadów" kryje się większa tajemnica - istota naszego ego. "Ja" podróżnika to olbrzymi skład jego ukrytych, a po części ujawnionych definicji życia, na które składają się efekty zakochania w danych miejscach, krainach, budynkach. Powiedz mi, które miejsca kochasz, a powiem ci kim jesteś i jaka jest twa dusza. I właśnie ja dzisiaj o takim miejscu chcę sobie skromnie popitolić i o takim człowieku (autorze), którego osoba i twórczość konkretyzuje się w mej wyobraźni pod hasłem i wyobrażeniem - Ruse (Ruszczyk); jednym słowem: Elias Canetti.
Elias, z rodziny Żydów Sefardyjskich, urodził się w Ruse, mieście dla mnie zawsze meta-granicznym. Bo to do niego docierałam opuszczając zazwyczaj skąpany w słońcu Bukareszt. To Ruse, piękne, rozkrzyczane, zaniedbaniem swych cudnych willi rażące, dawało ukojenie po emocjach przekraczania mostem żelaznym Dunaju i zapowiadało ciąg dalszy niesamowitych przygód. Byłam w Ruse kilka razy. Nigdy chmury nie zmąciły piękna tego miasta. Przynajmniej w mojej pamięci. Dlatego to co napisał Canetti nieustannie kojarzy mi się z lazurowym błękitem, beztroską jaką niesie słoneczny dzień i tą dziwną tajemnicą, która towarzyszy każdemu kto trafia do krain Morza Czarnego. Uznacie, w kontekście tego o czym pisał Elias C., że dziwne mam poczucie ciepła:-) bo wszak wystarczy zaglądnąć do Auto Da Fe, albo zastanowić się nad książka Masa i Władza aby dojść do wniosku, że to ta tematyka z sielskim krajobrazem nie ma nic wspólnego. Ale śpieszę zapewnić: nie w tym rzecz! Tu chodzi o energię autora, o to co w nim drzemało i co nam sugerował. Oczywiście i tu spotkam krytykę: a pamiętasz jaka burza rozpętała się po tym jak wyszły wspomnienia Canettiego po jego śmierci, jak sobie używał, jakim człowiekiem małym bywał? Serca mego kwiaty: któż z nas nie jest taki? :-) I właśnie w tej zakładce tajemnica odsłania nam kawałek siebie: pogodny słoneczny dzień - bywa złudny. Jest czasem nieznośnym kiczem, drażniąco męczącym ciężarem zapachu spoconych ciał, niesamowitego zmęczenia. Chwilami powoduje, że nie chce nam się myśleć, a bywa - jak w mieście Jasy - słodkim tłem do krwawego pogromu, gdzie słońce niczego się nie wstydzi, bezmyślnie spoglądając na piekło jakie ludzie wzajemnie sobie urządzają. Ba, wydaje mi się, że przy niektórych wyczynach to nawet Piekło bywa zwykłą przydrożną karczmą wyższego ryzyka.
I dlatego Elias Canetti. Taki jaki jest w Głosach Marakeszu i w Zapiskach. Nieoceniony dawca cytatów, które bywają szklanką ciepłego mleka w zimowy wieczór:

Nie zawsze należy się przedzierać aż do samego końca. Przecież można tak wiele napotkać po drodze.

Najpodlejszy z ludzi to ten, któremu spełniły się wszystkie marzenia.

Dobrze jest nienawidzić samego siebie, ale tylko od czasu do czasu.


Fajne, nieprawdaż?

Brak komentarzy: