piątek, 15 lutego 2008

L'amour et la magie oraz inne tego typu "oryginalności"


Borko smaczna tak całkiem jak lasagne dziewczynko, większość życia trwonimy na silenie się na oryginalność. Szukamy niepowtarzalności, kładziemy nacisk na "ja", na swobodę wyborów, ulotność nastrojów. Im dalej w las tym bardziej przekonujemy się (niechętnie dodam sprawiedliwe), że wcale my nie tacy wyjątkowi. Ot, nasze zachowania są nader często łatwo przewidywalne na podstawie doświadczeń innych, znajdujemy zbiory zaskakująco podobnych osobowości, powielamy kody już istniejące. Nic w tym nie ma zaskakującego. Wszak wszystko mamy od kogoś, łącznie z formami komunikacji językowej:)
Czy w takim razie jest się o co gniewać, kiedy niepostrzeżenie ktoś zaczyna podbierać nam "nasze poletko zainteresowań", "pokątnie zdobytej wiedzy"? Zaczyna to przekładać na siebie, zaczyna w "to się ubierać"? Chyba nie. Choć właśnie na to "nie obruszanie się" to trzeba sobie zapracować. Bo przecież korzystamy wszyscy z tego samego zbioru "ludzkich artefaktów", oczywiście zawsze możemy opisać konkretne okoliczności, w których to nabyliśmy te a nie inne fragmenty naszej wiedzy albo pasji. Nic nie bierze się z powietrza ot tak sobie. Wszystko skądś przychodzi, dla czegoś się dzieje. Nawet przypadek okazuje się niekiedy incydentem bardzo znaczącym - wręcz kluczowym.
Jedyne co pozostaje w gestii naszej indywidualności, to możliwość interpretacji. Ta sama para majtasów kupiona w sklepie dla masowego odbiorcy na każdym tyłku będzie wyglądać inaczej. Ot, jedynie taka pociecha na początek weekendu:)

ps. A w ramach ilustracja z wymarzonego egzemplarza "L'amour Et La Magie" - na razie niedostępnego, ale tylko na razie:) I co, jestem w stanie się założyć, że co najmniej setka osób na świecie w tym samym czasie obiecuje sobie, że powiększy swój księgozbiór właśnie o ten wolumin. Czyż to nie fajne na swój pokrętny sposób?:)

Brak komentarzy: