poniedziałek, 11 lutego 2008

O tym jak literatura bywa przyczyną i skutkiem :)


Borko tak jakoś ostatnio wszystko się układa, że przeszkadza w powstawaniu wpisów. Choć w sumie może to i dobrze. Pisać często i popełniać przy tym nierozważności to grzech niewybaczalny. Jeśli jesteśmy już przy paradygmacie grzechu jako takiego :)
Czy popełniam grzechy? Hm, z punktu widzenia "grzecho-wierców" jak cholera tak, bo jestem taki off as fuck ;) pod tym względem. Z innego punktu widzenia, mogą być to po prostu przypadki nierozważnych eksperymentów i pochopnych namiętności oraz porywczego charakteru. Ale przejdźmy do literatury bo to ciekawsze niż moje grzeszki.
Ostatnio wracając z "uroczego" Jasina pod Poznaniem zatrzymałyśmy się na pewnej stacji benzynowej z tzw. obszernym serwisem. A więc było tankowanie, kawa, kanapka i inne tego rodzaju podróżne pierdoły. Na tej stacji oglądnęłam sobie (dopiero na spokojnie) serię książek, którą wydaje "Dziennik". Na blacie "benzynowego stołu" stał sobie właśnie Herman Hesse z "Grą w szklane paciorki", a tuż obok spokojnie przyglądał się Tomasz Mann i jego "Buddenbrookowie". Tak coś mnie poruszyło jak patrzyłam się na Hessego i Manna stojących niedaleko paczek z herbatami, kubków na kawę i jakiś słodkich batoników. Wcale mnie to nie upokorzyło mentalnie. Wręcz była w tej scenie jakaś pozytywna energia i duma, że właśnie to tak jest, że w tym "bufecie życia z produktami nam niezbędnie potrzebnymi znaleźli się Hermann i Tomasz :) Ja tam sobie życia bez nich nie wyobrażam. Mogę z pogodnym sentymentem wspominać byłych adoratorów, kochasi, koleżansie, mniej lub bardziej bliskich znajomych, ale bez kilku takich "Tomaszów i Hermannów" to ja sobie ani siebie ani swojego domku (gdzie-"kolwiek" on będzie;) nie wyobrażam.
Zawsze pamiętam okoliczności w jakich "mieliśmy razem przyjemność". Z Hessem to wiąże się ciekwa przygoda. Zabrałam "Wilka stepowego" w swoją drugą podróż do Rumunii. Czytanie nie szło mi w ogóle. Nie pasowała mi ta metafizyka, dusiła alienacja bohatera. I na zawsze już ta książka będzie mi się kojarzyć ze słońcem, wzgórzami i z chęcią szybkiego jej porzucenia:) Potem spotkałam mnóstwo osób, które pałały miłością niepojętą do tego tomu, a ja zawsze się buntowałam i o mały włos nie stawałam ofiarą liczy (ha to ciekawe, zwłaszcza że mówimy tu o pisarzu, którego wielką misją był pasyfizm;). Tyle, że ja jakoś wolałam "Grę szklanych paciorków" - przeczytaną przypadkiem, samotnie na drewnianej podłodze, również w słoneczny dzień, z takim widokiem na kwitnące drzewka owocowe za oknem. I "Gra" mnie urzekła i jakoś trzyma do tej pory. Wprawdzie nie stało się tak, że w życiu spotkałam innych graczy, pomiędzy których schronieniami mogę wędrować i wymieniać się tym co najlepsze i najbardziej tajemnicze, ale zawsze pozostaje mieć nadzieję, że może to jest tak, że ta gra już się toczy i nabiera kształtów tylko ja jeszcze nie potrafię jej zobaczyć w całej okazałości.

Brak komentarzy: