sobota, 2 sierpnia 2008

How Soon Is Now?


Borko jak widać za moim (i nie tylko pewnie moim) oknem - pogoda w Polszy poszła w ciemną dziurę - mówiąc eufemistycznie. Jest parno i duszno oraz leje. Normalnie super po prostu, rewelacja nastrojowa, że hej :)
Ale neverminde dear
Bo...
Wczoraj wracając z kopytka, z oddalonego o pięć zaledwie kilometrów ode mnie osiedla mojej drogiej familii, wpadłam sobie do sklepu z płytami ciągnięta tam niebywałym przeczuciem przywiezionym z Barcy, że oto zaniedbałam (ale nie zapomniałam) jednego z fajniejszych muzyków lat ostatnich (baardzo daleko ostatnich ha ha).
Morrissey. The Smiths.
To długa historia, jeszcze z końca lat 80. Ale zacznę od końca.
Podczas jednego z barcelońskich wieczorów, racząc się winem i kablową stacją GOTV, obejrzałam kilka nagrań pana Morrisseya z koncertów w USA i w Europie. I nagle bach. Rąbnęło mnie w głowę (nie pierwszy i nie ostatni raz;). Wszak zawsze przez wszystkie lata pamiętałam o nim i o "kowalskich" - więc dlaczego tak mnie wkręciły te klipy?
Chcąc zweryfikować zauroczenie ponowne Morrisseyem pobiegłam na "płyty" nabyć w oryginale to i owo. EXTRA. Od piątku w nocy raczę się "Live At Earls Court" z 2004 roku, szalenie porywającą relacją z koncertu oraz "Ringleader of The Tormentors" - którą już wcześniej znałam. Morrissey daje radę: wokalnie, lirycznie i wciąga swoją ekspresją i oryginalnością. Fajnie jest po latach posłuchać, jak bardzo wielu zawdzięcza wiele tak niewielu :). Choć pamiętam, jak na przełomie lat 80. i początku 90. Morrisseyowi wróżono dętkę i padakę. Eh, tak to jest. Nie ma co się krytyką przejmować jesli chodzi o sztukę, bo zawsze w takich chwilach mam w pamięci recenzje z tamtego okresu, w której na świeżo wydanej płycie Beastie Boys "Check your head" nie zostawiono suchej nitki wróżąc tej zajefajnej grupie śmierć artystyczną :) Ha ha ha, tak jak "Check your head" jest zajebistą płytą, pełną luzerskiego feelingu i eksperymentalnej improwizacji (włącznie z moim debeściakiem, numerem "Pass the Mic" - "Kopsnij mikrofon":) tak też i Morrissey, spokojnie i cierpliwie, przetrwał próbę czasu. Ze wzruszeniem zobaczyłam na ekranie tivika, jak dość mocno rozbudowane skinowskie ciała rzucają się ekspresyjnie pod sceną kiedy Morrissey śpiewa I wested my time... ha ha ha
Polecam!
A The Smiths bardzo dawno temu (czarna jedynka) była jedną z pierwszych płyt analogowych jakie nabyłam z pełną świadomością i premedytacją w czymś w rodzaju komisu przy stosiku ze sprzętem muzycznym w dawnym pedeciaku we Wro. Co za czasy :)
Później, przy kawałkach z tej samej płyty przetańczyłam (jeśli można to zaliczyć do kategorii tańca) cały wieczór na pierwszej swojej randce w życiu z jednym emo fanem zespołu The Cure. :) :) :)
Viva Morrissey i viva randkowanie ;)

Brak komentarzy: