wtorek, 5 sierpnia 2008

Trapped by Love


Borko o ile więcej Cię nie widzę, to tyle bardziej niepokoję się, że coś się dzieje. Z takim niepokojem się teraz obudziłam wieczorem i przez cały czas mi on towarzyszy. Tak czy siak, trzeba coś z TYM zrobić. Nieprawdaż?
A dzisiaj to jeszcze kończę weekendowe imprezowanie, po którym za każdym razem to obiecuję sobie: poprawię się, będę dobrą, spokojną, miłą i ciepłą osobą. Założę dom i takie inne tam, żeby nie być jak te wszystkie stare baby co fiksują w pewnym momencie i albo zaczynają tworzyć protezy emocjonalne w postaci tabunów zwierząt zamęczanych na różne sposoby, albo znajdują sobie jakiś zjebanych facetów, z którymi tworzą związki nader traumatyczno-egzotyczne. Wprawdzie niby świadomość samej rzeczy czyni nas bardziej świadomymi jej sposobu istnienia. Nie mniej jednak łapie mnie czasem ten strach i dzisiejszy wieczór jest chyba tego powodem.
Z drugiej strony jak przyglądam się z "binoklem" na ten cały kocioł z monadami - bo chorobą dzisiejszego człowieka jest właśnie i przede wszystkim monadyzm (z tego powodu żałuję, że C. Noica nie żyje, bo mógłby coś ciekawego napisać o tym, a co ja bym pewnie z jeszcze większą ciekawością przeczytała)- to jakoś cholera trudno mi znaleźć w sobie tyle cierpliwości aby znieść obok siebie drugą zorientowaną na siebie egoistyczną, zapatrzoną w podlewanie swego (niby indywidualizmu) osobę. I co dalej droga Filipinko? Co dalej?
A i jeszcze jedna refleksja po dzisiejszym dniu (a właściwie już wczorajszym), zaskakująco banalną prawdą jest to, że najfajniejsze imprezy są te nie-zapowiedziane, choć z pokorą przyznaję, że kac psycho-fizyczny po nich, jest czasem jeszcze gorszy niż po tych ustawianych parties.
:)

Brak komentarzy: