poniedziałek, 26 października 2009

Topkapi czyli wycieczka do Stambułu malowanego na pastelowo, albo nostalgia za rachatłukum


Borko droga, ten nieco przydługi tytuł odnosi się do cudacznej filmowej broszki, która wżarła się do mojego mózgu pewnego majowego wieczoru w roku 2000. Chodzi o film Topcapi z 1964 roku, w którym wystąpiła fenomenalna Melina Mercouri, farbowana na blond Greczynka z zachrypniętym od jarania szlugów głosem i ultra-slimową figurą.
Well, trudno polecić ten obraz żądnym wysublimowanych wrażeń odbiorcom :-)
To dość zwariowana (jak na lata 60.) komedyjka z niemłodymi już aktorami. Rzecz dzieje się w Stambule i opowiada o lekko zwichrowanej szajce oszustów, którzy planują skok na muzeum gdzie znajduje się sztylet z drogocennym kamieniem. Ot, czysta forma rozrywki zanurzona w "orientalnym" pocztówkowym świecie. Ładne stroje Meliny, przystojna twarz Maximiliana i fajtłapowaty urok Petera. Do tego garść czarnych charakterów i odrobina "grubych" żartów. Naprawdę - nic ciekawego na pozór.

A jednak... a jednak jak tylko zaczęłam czytać Biały zamek Orhana Pamuka od razu przypomniał się mi ten film. Doprawdy nie wiem dlaczego tak późno zobaczyłam "Topkapi", jakoś mi umknął w nawale oglądania wszystkich kinowych staroci w dzieciństwie. Jednym słowem w maju 2000 padłam "trupem" przed telewizorem:-) Ba, popiskiwałam w czasie oglądania filmu, kompletnie wkręcając się w jego fabułę, poczucie humoru postaci i nawet jak teraz zamknę oczy to w stop klatkach widzę ruchy Meliny, wymianę zdań z jej kompanami i całe sekwencje. Jest w tym filmie sporo uroku w stylu vintage i narracji rodem z komiksów. Kiedy dzisiaj wyszukiwałam fragmentów na YouTube to z zaskoczeniem zauważyłam, że nic a nic nie zmieniło się w mojej sympatii.

Zresztą obaczcie sami:



Teraz myślę sobie z lekkim smuteczkiem, że ten cholerny Stambuł to taka moja wiecznie niedostępna podróż. Całe lata obiecuję sobie wyprawę do tego miasta, a potem hen na Wschód. I nie wychodzi. Albo nie wsiadam w Bukareszcie do autobusu, albo w porcie w Konstancy z żalem liczę grosz na prom, albo daję się zwieść tawernom w Neseberze, albo leniwieję od ciężkiego wina w Starej Zagorze, albo jadę w zupełnie odwrotnym kierunku. Paranoja. Przez cały ten czas ciągle dostaję coś z tego miasta, a to buciki, a to koraliki, a to szaliki, a to kartki, a to sms wysłane z lotniska (żeby mnie szlag trafił:-). Po prostu jest to niesprawiedliwe i coś trzeba z tym zrobić, choć w swój pokrętny i ponury sposób myślę sobie, że znów za-dzieje się coś co uniemożliwi mi podróż nad Bosfor:-(
I nawet rachatłukum ani kawałka pod ręką. Gosh, a swego czasu zjadłam tego kilka kilo co zważywszy na lekką wagę smakołyku to naprawdę niezły wyczyn.


Farbowana Melina:-)


Melina w najlepszym ujęciu.

Ps. a w ogóle to mnie się wszystko zupełnie przypomniało i ponakładało z innego powodu, ale to story właśnie z zupełnie innej beczki, więc dobranoc, pchły na noc, karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki no i zmory pod telewizory...

Brak komentarzy: