środa, 25 czerwca 2008

Między osiołkiem, a brzegiem literatury


Borko droga kochana, a ja znów lenię się na blogu prywatnym. Ale jakoś tak te mecze człowieka rozpraszają bo toczą się wedle zaskakujących rozwiązań akcji. Do tego jeszcze jakaś praca się kołacze po życiu i trzeba jeździć, warczeć i inne takie "szoł biznesa" odstawiać. Co za życie, normalnie ciężkie to wszystko jak cholera :-)
Ale dzisiaj... ale dzisiaj dostałam kolejnego osła do swojej kolekcji. Patrząc na jego wesoły ryjek kwalifikuję go do osłów spotykanych w Ameryce Południowej - tak mi się po posturze widzi.
Dziś także walnęłam się odrobinę po nowych internetowych oślich podobiznach - i zauważyłam, że tyle fajnych osłów jest do trafienia - aż trudno wybrać tylko jedno zdjęcie do zaprezentowania.
Wracając do pracy.
Po ostatniej wizycie w "stolycy" dochodzę do wniosku takiego: esencja miasta przejawia się w jego herbie :) I tak w herbie "stolycy" mamy pół-kobietę, pół-rybę z nagim biustem a i owszem, ale z zupełnym brakiem możliwości skonsumowania tego obiektu w sposób efektywny. Natomiast w herbie Wro mamy głowę (uciętą) świętego w misie spożywczej. Pozostawiając symbolikę historyczną i inne mądre uwarunkowania na boku, zaglądnijmy w podświadomość... Interpretując na luzie tak oto przedstawione symbole, dochodzę do wniosku, że tak to jest właśnie z wspomnianymi miastami. Jak można spodziewać się czegoś uczciwego po miejscu, którego symbolem są same cycki i rybi ogon - który jak figa z makiem wyskakuje napalonemu straceńcowi. Jest to rodzaj ściemy i aroganckiego oszustwa z jakim mamy do czynienia w rzeczy samej. Dla odmiany: odcięta głowa w przypadku Wro nie pozostawia wiele do myślenia jeśli chodzi o interpretację. Bo, albo po primo znaczyć może to, że nie ma litości w naturze mego miasta skoro w tak sposób bezpośredni epatuje egzekucją, albo - dla przeciwwagi interpretacyjnej - wszystko co dzieje się i robi we Wro to są marzenia ściętej głowy:))) Tak to sobie dywagowałyśmy wracając z kotleta w Wawie.

A po porzuceniu tych przyziemnych spraw, a przed następnymi w stylu Karaiby w Poznaniu (ha ha ha) czytam sobie stosunkowo nowego Wiktora Pielewina Empire V.
To, że Wiktor podobnie jak osły są moją wielką namiętnością to chyba część biedaków czytających mojego bloga wie. Z tego powodu z radością rzuciłam się na Empire V (zwłaszcza, że to książka o wampirach) jak tylko Mała Blogerka zniosła ją do chatki. I jak? Hm, chciałabym napisać że super. Książkę, Pielewin napisał w 2006 roku, dla mnie bardzo znaczącym roku. Chciałam raz jeszcze przeżyć to samo zauroczenie z jakim spotkałam się choćby w Małym palcu Buddy czy Świętej księdze wilkołaka, chciałam Wam cytować złote myśli Wiktora i dopasować je do zastanej na ziemi sytuacji. Ale nie da się (przynajmniej na razie). Niby wszystko jest po staremu: etymologiczne wariactwa, ontologiczna anarchia, obrazoburcze tezy, a wszystko to podlane sosem popkultury w krzywym zwierciadle. Ale...ale właśnie to wszystko już znam, wiem, czuję. A ja chciałam kolejnego kroku dalej, w otchłań. Po 1/3 materiału na razie drepcę na progu i zamiast otchłani widzę ledwie przygasłego knota w piwnicznym okienku. Choć - gwoli sprawiedliwości - przyznam, że nawet ten oczywisty poziom Pielewina jest przypadkiem o sto razy bardziej wartościowym niż większość współczesnych lektur jakie wydaje się na dzisiejszym rynku księgarskim. Więc, zawiedzeni nie powinniście być. Ale czy nasyceni? Hm, jeszcze nie wiem. A tak być powinno - nasycenie jest wszak esencją bytu wampirów :)

1 komentarz:

mała blogerka pisze...

myślę, że prawdziwie ośla natura wyszła z niektórych dzisiaj w kinie :)
odpowiedź na Twój komentarz: spoko. jest już nowa czołówka ;) ale chyba też nie w ten deseń :))) hehehe