czwartek, 26 czerwca 2008

ani sexu, ani miasta - jednym słowem co za rzyg


Borko najgorsze w życiu są chwile, kiedy dochodzi do obalenia mitów :) albo lepiej "micików" :)))) oczywista odnosi się to w tym wypadku do pop kultury, a nie jakiś tam religijno-duchowych przeżytków (proszę słowa przeżytek nie traktować w sposób poniżający - to określenie stosowane przez M. Eliadego i w zupełnie fajnym kontekście). Ale wracajmy do pop kultury. Lata temu, kiedy jeszcze nie zdarzało mi się przed zaśnięciem myśleć o botoksie ani kwasie hialuronowym byłam (wraz z paroma moimi prześwietnymi koleżansiami) fanką serialu "Seks w wielkim mieście". Wszystko tam było cool i do tego działo się w Niu Jorku. Można powiedzieć, że nas należałoby zaliczyć do grupki bycia aspirującymi do stada aspirujących, które walczą o miano właściwych aspirujących do takich tam rzeczy i wybryków z jakimi miały do czynienia bohaterki oryginalnego serialu. Można powiedzieć, że my tu na naszej małej prowincji w małym miasteczku Wro bardziej sobie wyobrażałyśmy jak to fantastycznie jest żyć bezczelnie na inteligenckim luzie, a do tego nie martwić się zasadą, że panie kształcone obowiązkowo muszą wyglądać beznadziejnie rozmemłanie, pogardliwie ubranie i z obowiązkowymi fatalnie ufarbowanymi włosami na coś w stylu podgniły rudy kasztan... Jakoś nam przeczucie od lat bezczelnie małoletnich podpowiadało, że można i siedzieć w ekscytujący sposób nad Hessem, Dostojewskim, ba nie mówiąc już o modnisiu Derridzie i jednocześnie kiwać tyłkiem w zajefajnie, indywidualnie dobranym fatałaszku i bez zgaszonego rudego na włosach ;-). Takie mrzonki-mrożonki telepią się po głowach nasto i dziestoletnich i choć teraz śmieszno z tego to zawsze jakoś tak z ciepłym uśmiechem wspominałam te wszystkie śmiesznostki lat dawnych.. Właśnie ze względu na sentyment chciałam zobaczyć kinową wersję "Seksu w wielkim mieście", myślałam sobie: ot, zabawię się jeszcze raz przy pikantnych żarcikach, pokiwam głową nad życiowymi puentami, pooglądam błyski fatałaszków z tego bogatszego świata. I co? Ano paw wymiotny w całej okazałości. Z dawnego lekkiego czaru przygód czterech bohaterek mieszkających w Wielkim Jabłku nie zostało nic. Zapodział się gdzieś ostry humor, inteligentne dialogi czy niebanalne podejście do mody. Właściwie ten film to rozbudowana filmowa wersja magazynów w stylu ELLE czy VOGUE, tylko zamiast zdjęć oglądamy kadry filmowe z dośc banalnymi podpisami - coś w stylu wymuszonych opisów w gazetach tego typu. O czym jest ten film? O niczym. Jest pretekstem do pokazania kilkuset szmat, torebek, modnych miejsc, kawiarni, knajp. I tyle. Pytanie - dlaczego aż scenarzystom (o, przepraszam copywriterom na usługach konkretnych korporacji modniarskich) potrzeba było ponad 2 godzin aby sprzedać ten szajs? Chyba tylko z powodu kontraktów i umów związanych z wykupem przestrzeni reklamowej. Tak mi się wydaje: najpierw zawiązano umowy sprzedaży product placement, a następnie dorobiono błahą historyjkę. Ot, cała tajemnica.
Najbardziej drażniąca i szajsowata jest zaś scena z pantofelkami od Manolo Blahnika, kiedy to Pan Wielki zamiast pierścionka zaręczynowego nakłada na stópkę Carrie (głównej bohaterki) bucik pożądanej marki obuwniczej. Fuj. Żenada. Ale wyobrażam sobie jakich spazmów dumy musiała doznać osoba, która układała ten motyw. Normalnie wymarzona reklamówka. Nadęta, pretensjonalna i nachalnie konsumpcyjna. Po tym targowisku próżności, słowa puenty, które wypowiada Carrie o tym, że miłość jest jedyną marką, która nie wychodzi z mody...brzmią groteskowo i wypadają z pamięci. Wszak cały film jest zaprzeczeniem tej tezy.
No cóż, życie płynie, człowiek się zmienia, z biegiem lat oczekujemy zgoła innych rzeczy od seksu, a i miasto odkrywamy z zupełnie innej strony :) Trochę szkoda. Ale w sumie pomyślałam sobie fatalistycznie tak: wszak nie ma już tu (niestety i w sensie dosłownym) wszystkich tych moich zakręconych tym serialem koleżanek, więc czego się miałam spodziewać.

3 komentarze:

mała blogerka pisze...

ani sexu, ani miasta, ani nowego wpisu, że tak złośliwie zauważę ;)

Patrycja Blaum pisze...

nie chce mi się pisać - nic na to nie poradzę

mała blogerka pisze...

to możemy pójść znowu do heliosa, hehe:)))))