czwartek, 18 września 2008

Czarodziejska Góra


Borko drogocenna aczkolwiek ostatnio dość smutna droga przyjaciółko - książka Tomasza Mana Czarodziejska Góra zawsze mnie nastrajała dobrze. Lekko złośliwa, delikatnie cyniczna, estetycznie i warsztatowo doskonała, narzucająca formę obyczajowości i konwersacji wystudiowanej była tym czymś odwrotnie proporcjonalnym od tego co zazwyczaj spotykamy w nie-literackim realu. Co tu dużo mówić, lepiej poczytać. Więc jeśli ktoś w Mana nie wchodził to czas najwyższy nadrobić haniebne zaległości w znajomości narracji wielkiego Czarodzieja.
Wróćmy do życia bieżącego. Tak oto ostatnio, porzucając troski związane z Wro, straty, zdrady, rodzinne awantury, analizę skurwysyństwa co libertynizm zastąpiło ruszyłyśmy na Śląsk daleki - nie tylko po to aby na autostradach i szosach narzekać na "śląskie kluchy":). Tak więc piątek był pierwszym dniem nadchodzącego zimna. Zostawiłyśmy napadnięty przez przed-jesienną szarugę Wrocław i ruszyłyśmy do Gliwic. To miasto, wbrew ogólnej kopalnianej brzydocie Śląska, jest jakieś ciepłe, sympatycznie-kameralne i zawsze będzie kojarzyć się (mi) z trzema sprawami: dobrym żarciem i piciem, zajefajnymi zakupami i jeszcze jedną aktywnością życiową, o której pisać tak sobie bez niczego raczej nie należy;). W Gliwicach nie byłam przeszło rok i tak nawet myślałam, że pewnie teraz to średnio mi się w nich będzie podobać. Więc tym bardziej cool okazało się, że miastko to na swej atrakcyjności nic nie straciło. Klimat jest fajny, aura jakaś dobrze-awanturnicza, klusek jak się patrzy i marzy, nie wspominając o sklepach :)))) A jak wiadomo "marketowość" (od targu nie od hipermarketu) to stały element naszych hulaszczych podróży. Więc po kilkugodzinnym pobycie w Gliwicach, obwąchaniu starych kątów ruszyłyśmy do kresu naszej nocy, czyli hotelu Jawor. Jako, że stara zasada pracujących pszczół mówi: łączyć interesy z przyjemnością to i tym razem tego drugiego jakby było więcej niż pierwszego:) Tak więc wyklepane, wypływane, wymasowane, najedzone zaległyśmy na dwa dni w symbolicznym "koszu relaksacyjnym" tego beskidzkiego przybytku i zastanawiałyśmy się: czy tak można byłoby spędzić całe życie.
No, może nie akurat w tym jednym hotelu i w tym samym miejscu - bo tego to przeżyć by się moim zdaniem nie dało. Ale w inny sposób? Przemieszczając się po prostu kluczem z jednej Czarodziejskiej Góry na drugą i taka dalej, dalej, coraz dalej... Rozsądek i przyzwoitość nakazywałyby w tym miejscu stwierdzić: nie da się, nie da. Wszak to próżnia i nuda. Ale ja na szczęście nie prowadzę tego bloga ani dla rozsądku, ani tym bardziej dla przyzwoitości, więc mówię (piszę) co następuje: ano dałoby się :) Dałoby się jak sam czarny kot i jeden czart do kompletu:) Czytając, rozmawiając, wnioski wyciągając, pisząc, dzwoniąc, poddając się kolejnej obróbce... Bo kto powiedział, że nasze życie jest bardziej z sensem i produktywne kiedy zapierniczamy od rana do wieczora w pogoni za mamoną, robotą, romansami, rodzinami, przedmiotami mniej lub bardziej pożytecznymi albo doznaniami duchowo/religijnymi, które czasem pozostawiają więcej wątpliwości niż pewności. Tia, kończąc, skromnie nadmienię, że na Czarodziejską Górę trzeba mieć sporo kasy, a ta jak wiemy zazwyczaj na drzewach nie rośnie, ani pod łóżkiem jej nie znajdujemy (chociaż, chociaż niektórym to się chyba zdarza he he), więc to chyba jedyny argument dla którego można wybaczyć polowanie na mamonę.

Brak komentarzy: