środa, 24 września 2008

Mały oślik


Borko, królowo tirowców niezastąpiona, liczę, że weekend w trasie się udał na wielkim samochodzie :) A ja tu chcę pomarudzić trochę o snach. Ano jakoś tak ostatnio to śnią mi się rzeczy niezwykle zakręcone. Zawsze te moje sny to kopalnia bagiennej i mrocznej symboliki, ale ostatnio jest coraz ciekawiej. Od lat wielu głównym motywem wieszczącym jest w moich snach - woda. Śni mi się prawie zawsze i to w różnych kontekstach. Jej obecność jest tak zżyta z moją podświadomością, że zdziwiłabym się gdyby kiedyś śnić mi się przestała. Z ze snów najlepsze jest pogranicze, ten moment kiedy aktywnie przeżywamy sen, ale gdzieś już w nas budzi się świadomość, że jest to tym momencie sytuacja tylko i wyłącznie wirtualna... Ostatnio tak właśnie pojawił mi się taki oto motyw, przyszłam z kimś znajomym na drewniany most, który był dziurawy (o czym wiedziałam, bo jak pojawiła się we śnie świadomość, że raz już ten most przekroczyłam w ten sposób). Tym razem znów trzeba było przeskoczyć wyrwę nad czarną tonią łagodnej (ale bardzo mrocznej rzeki). Most był w mieście - na przeciw stały kamienice i ogólnie w tym moim śnie panowała miejska zabudowa. Więc jako pierwsza rozpędziłam się i skoczyłam, nie trafiając jednak szczęśliwie na drugi brzeg - bo właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że tym razem ktoś wyciągnął więcej desek i nie jestem w stanie pokonać takiej odległości. Oczywiście zaczęłam spadać. I oczywista obudziłam się:) Jakoś to straszne szczególnie nie było. Ot bardzo częste w moich snach. I tak lepsze niż czasem te zmory co przychodzą do mnie, a które mają twarze znajome - ale akurat nie chcę o tym pisać, bo mam jakieś dziwne przeświadczenie, że to towarzystwo co mi się śni to do dziwnego miejsca po śmierci trafiło, a ja chyba wolę na razie się nie zastanawiać cóż to za miejsce i dlaczego oni tam trafili. Wróćmy do kwestii pogranicza...
Takim właśnie pograniczem ze snu i realu jest mój drogi kolega W.No1 - z którym wczoraj przegadałam cały wieczór i pół nocy, słuchając muzyków jazzowych i awangardowych mroczniaków. Noc była dość ciepła, za oknem na Placu Staszica padał deszcz i odgłos tego deszczu w nocy jest tam jedyny w swoim rodzaju. Na poły śpiąc, na poły słuchając zajefajnych dźwięków, a to słuchałam ponurych jak płyty Lustmord wynurzeń W.No1 i zerkałam na reportaż o malarzach wsi angielskiej. Wszystko to razem, wymieszało się w dość dziwaczny koktajl - bardzo smaczny, zwłaszcza z dołączonym owocem smakowym w postaci dywagacji: Heidegger musiał w tamtej chwili wybrać nazizm (ja się z tym nie zgodziłam, kolega W.No1 optował za - Tak). I tak to mi się zasnęło w takiej dziwnej krainie, gdzie później krążyłam we śnie bo olbrzymim starym domu, w którym każdy pokój nie miał stałej geometrii i w każdym miejscu znajdowałam kolejne drzwi, do kolejnych komnat i dalej i dalej... Eh, chciałabym aby kolega W.No1 znalazł wyjście ze swojego labiryntu i nie marnował więcej Czasu na robienie NIC. I bardzo mi przykro (a nawet trochę jesiennie smutno), że nie mogę towarzyszyć jemu w tej próbie labiryntu, ale musiałabym bardzo sen przedłożyć na rzeczywistość i bardzo chcieć kłamać - a wszak przecież nie o to chodzi, prawda? Poza tym - w ramach zadośćuczynienia - mój drogi: nie Tobie pierwszemu towarzyszyć nie mogę - jeśli Cię to pocieszy :)

1 komentarz:

Dante pisze...

Z punktu widzenia symboliki to ciekawe, że Ci się śni woda. Ale nie jest to nic dziwnego.